Skip to content

Weisbrot Arie Leib

Arie Leib Weisbrot

Arie Leib Weisbrot

Urodził się  15 kwietnia 1925  roku w Kutnie.

Jego matka –  Chana Jenta Blank urodziła się 6 czerwca 1898 roku. Ojciec  – Mendel Menakem Weisbrot, urodził się 10 lipca 1896 roku w miejscowości Głowaczów, powiat Kozienice.  Rodzicami Mendela byli Kalman i Szajndla. Mendel był szewcem, a  jego zakład szewski w 1928 roku mieścił się przy ul. Warszawskiej 88 (zakład działał od 1920 roku). Otwierając ten link zobaczysz fotografię Mendela Weisbrota: https://collections.yadvashem.org/en/names/15327687

Mendel Weisbrot wymieniony w skorowidzu mieszkańców Kutna datowanym na 1938 rok. Z Archiwum Państwowego w Płocku Oddział w Kutnie, SPK 24, sygn. 220, k. 86
Akta dotyczące meldunku oficerów i szeregowych z 1929 roku. Ze zbiorów Archiwum Państwowego w Płocku Oddział w Kutnie, AMK, sygn. 236, k.29

Arie miał dwoje rodzeństwa: siostrę Rywkę, która urodziła się  20 sierpnia 1927 roku (1930 ?) w  Kutnie  oraz brata Kalmana, który urodził się 12 października 1932 roku (1931 ?) w Kutnie.  Miał normalne, szczęśliwe dzieciństwo, uczył się w Chederze – żydowskiej szkole, miał wielu żydowskich i nieżydowskich przyjaciół i sąsiadów, kochał ich, kochał swoje rodzinne miasto Kutno na zawsze. Od września 1939 roku, kiedy rozpoczęła się niemiecka inwazja nazistowska, wszystko zmieniło się na gorsze.

Zarówno rodzice Arie Weisbrota, jak i rodzeństwo  zostali zamordowani  przez Niemców w Holokauście.

Arie Weisbrot napisał relację z okresu okupacji, która została zamieszczona w „Księdze Pamięci Kutna i okolicy.” Relację tę nazwał „Ucieczka przed śmiercią”:

Jako dziecko uczyłem się w chederze w moim małym miasteczku Kutno, który znajdował się za łaźnią, obok rzeźni drobiu. Wielu było moimi nauczycielami: Mosze-Mordechaj,  Jehuda Noah Zandberg, Jechiel Węgrówer i inni. Szczególnie pamiętam pana Jehudę Zandberga, który potrafił sugestywnie i plastycznie ilustrować historie biblijne, aż życie stanęło przed nami, jakbyśmy sami byli współuczestnikami wydarzeń  opowiadanych przez narratorów. Przeżywałem exodus Izraela z Egiptu, jakbym sam wychodził z domu niewoli, przekraczał Morze Czerwone i migrował do krainy przeznaczenia. Ale rozumiałem exodus z Egiptu jako marzenie na jawie lub sen i nie mogłem sobie wyobrazić, że minie zaledwie kilka lat i że pojawią się prekursorzy kolejnego exodusu – nie do krainy wolności i odkupienia, ale do exodusu – deportacji i wygnania z domu, w którym mieszkaliśmy z rodzicami – do krainy zagłady, tortur i zniszczenia.

Kiedy władze nazistowskie w Kutnie wydały rozkaz, aby Żydzi opuścili swoje domy i przemieścili się do getta, które założyły w cukrowni po drodze do Krośniewic, całe miasto stało się jednym wielkim domem wariatów. Rozpacz, brak wskazówek, szaleństwo i beznadzieja ogarnęły wszystko. Ludzie – rodzice dzieci, które jeszcze wczoraj były wszechmocne w oczach swoich dzieci – biegali po ulicach, nie wiedząc, co robić, jak poradzić sobie z nową rzeczywistością. Każdy chciał zdobyć wóz, aby przewieźć nieliczne ruchomości do nowego miejsca deportacji, każdy chciał być pierwszy w getcie, przydzielony Żydom z Kutna. Docierając na miejsce, zastaliśmy duży magazyn, który nie miał żadnych przegród, okien ani drzwi. Dzieci były rozbawione nową sytuacją.

Biegały po wszystkich pomieszczeniach, wspinały się na dachy i schodziły do ​​piwnic. Ale rodzice rozumieli bardzo dobrze sytuację, choć i oni nie mogli sobie wyobrazić okropności, jakie ich tu czekały. Od pierwszego momentu pojawiły się problemy: gdzie gotować? Skąd wezmą wodę? Jedzenie? I najważniejsze – gdzie wszyscy wywiezieni Żydzi zamieszkają w ruinach tej fabryki, która już w pierwszej godzinie jest pełna i przepełniona Żydami.

W istocie, sytuacja stawała się z dnia na dzień coraz bardziej nie do zniesienia. Ludzie leżeli w każdym zakątku każdego budynku i na świeżym powietrzu. Gdziekolwiek się udali, zabierali ze sobą swój skromny dobytek, który był pakowany w worki lub tobołki. Wierzyli też, że pewnego dnia wrócą do swoich domów i że powinni zatrzymać część majątku – owoc pracowitego życia.

Na początku wjazd i wyjazd z getta były bezpłatne, nadal mogliśmy handlować z chrześcijanami, chodziliśmy do pracy – na dworzec kolejowy, do fabryki papierosów, do sprzątania miasta lub do każdej innej pracy, jaka się nadarzyła. Wieczorem wracaliśmy do naszego „miejsca zamieszkania”. W getcie działały również kawiarnie Kruk i Weisbrot, piekarnia, sklepy, szpital, łaźnia, pompa wodna, toaleta i restauracja dla najuboższych. Ale potrzebujący, wszyscy byliśmy – i tak staliśmy w kolejce od rana do południa, aby dostać jakąś rzadką zupę, która przypominała mi wodę do prania mamy. Ale widząc też kierownika czy dyrektora Klappera w kolejce po kolorową zupę, z kryształowym czajnikiem w rękach i czekających na swoje danie, całkowicie zapomnieliśmy o smaku i kolorze tej zupy.

Jednak te pozornie „komfortowe” warunki nie trwały długo. Wraz z nadejściem zimy życie w getcie stało się siedmiokrotnie pomnożone piekłem. Nieopisane  cierpienie i udręka zaczęły nas prześladować jeden po drugim. Najpierw getto zostało zamknięte – nie można było z niego wyjść ani do niego wejść. W getcie narastał głód. Ludzie padali na ulice z wyczerpania, bo przez wiele dni nie mieli nawet kromki suchego chleba do ust. Kolejka do kuchni publicznej rosła z dnia na dzień, a on nie mógł odpowiedzieć i podać talerza zupy każdemu, kto tego zażądał. Do głodu chleba doszły liczne choroby spowodowane deszczami i śniegami, bo wielu spało pod gołym niebem w miesiącach letnich, ale wraz z nadejściem zimy pogoda ich wyniszczyła. Ludzie chorowali na zapalenie płuc i tyfus. Wielu umierało i dopiero przed nimi otwierały się bramy getta. Dla reszty mieszkańców getto pozostawało zamknięte na klucz. Handel z chrześcijanami również ustał, zarówno dlatego, że bramy getta były zamknięte, jak i dlatego, że chrześcijanie nie mieli już czym handlować.

Łatwo sobie wyobrazić, że na tym tle powstawały kłótnie, konflikty i bójki. Krzyki, wrzaski i bójki nie były w tych warunkach rzadkością. Należy jednak zaznaczyć, że nie wszyscy doznali w ten sposób poważnych obrażeń. Byli też wśród mieszkańców getta, którzy żyli w nieco lepszych warunkach. Kawiarnie Kruka i Weisbrota były nadal otwarte i ludzie je odwiedzali, jedli tam do syta, pili różne napoje i myśleli, że zło ich nie dosięgnie.

Mój ojciec, który pracował we wsi Sójki, jako szewc, przesyłał mi trochę żywności przez mleczarza, który dostarczał mleko Stuczyńskiemu, ale gdy sytuacja się pogorszyła, mleczarz przestał odwiedzać getto. Mama była zagubiona, nie miała czym nas nakarmić. Moja siostra Rywka zachorowała na tyfus, a mój siedmioletni brat Kalman poprosił mamę o kromkę chleba, a ona mogła nam dać tylko łzy, które wciąż płynęły jej z oczu. Ale jej łzy również wyschły, tylko jej westchnienia się nasiliły, ale nie wstrząsnęły niebem. Czyż jest większy smutek niż smutek matki, gdy widzi swoje dzieci proszące o chleb i jest bezradna!?

Ja, najstarszy syn, postanowiłem pójść do taty na wieś i zobaczyć, co się z nim stało. Moja mama, brat i siostra odprowadzili mnie do zachodniego ogrodzenia, gdzie przechodził kanał ściekowy getta, a ja wyszedłem na drugą stronę. Z zewnątrz uzbrojeni Niemcy pilnowali i Strzelali bez ostrzeżenia do każdego, kto próbował uciec z getta. Rzeczywiście, ponieważ byłem zaledwie kilka metrów od ogrodzenia getta, Niemcy zaczęli do mnie strzelać bez przerwy. Udało mi się jednak dotrzeć do głównej drogi. Tu złe, nieżydowskie dzieci zaczęły mnie gonić, żądając pieniędzy i rzucając we mnie kamieniami. Udało mi się je ominąć i dotarłem do drogi prowadzącej na cmentarz żydowski. Tu odpocząłem trochę i skierowałem się w kierunku wsi Sójki. Niemcy biegali wszędzie, chodzili po ulicach i drogach i nikt nie stanął im na drodze. Kiedy spotkałem jednego z nich, udawałem, że go nie widzę. Pełen przerażenia i strachu w końcu dotarłem do taty.

Widząc mnie, wybuchnął płaczem radości, bo stoję przed nim cały i zdrowy. Doskonale wiedział, jaką niebezpieczną drogę muszę przejść. Opowiedziałem mu wszystkie historie o nas, matce i jego dzieciach, o naszych cierpieniach i kłopotach. Ale sytuacja taty nie była lepsza niż nasza. On również żył cały czas w strachu przed Niemcami. Często odwiedzali wieś i nie wiedział, jaki będzie jego los za godzinę. Spędzał noce w stajni i tam też spałem z nim w nocy. Następnego dnia ojciec powiedział mi, żebym nie wracał do getta.

Więc decyzja zapadła i nie wróciłem do mojej dobrej, kochanej i wiernej matki, do mojej siostry Rywki i brata Kalmana oraz do reszty rodziny i przyjaciół, z którymi dorastałem. Postanowiłem pojechać do Kłodawy, do mojej rodziny. Po drodze musiałem przejechać przez Kutno. Miasto było pełne Niemców, był Niemiec jadący na rowerze, a Żyd przebiegł przed nim, a ja nie rozumiałem tego, co to znaczy i znowu udawałem, że ich nie widzę. Dotarłem do naszej synagogi. Chrześcijańskie dzieci bawiły się dookoła, wśród nich znałem synów Niemca Hoffmana. Niestety, oni też znali mnie i zaczęli mnie gonić z nożami. Nagle zobaczyłem chrześcijańskich chłopców, którzy niedawno byli naszymi sąsiadami, zanim utworzono getto. Uratowali mnie przed morderczym Bennym Hoffmanem, któremu moi dawni sąsiedzi obiecali wielu innych żydowskich chłopców na moje miejsce. W ten sposób uciekłem z rąk małych zabójców. Byłem „wolny”, by kontynuować swoją drogę. Przeszedłem przez żydowskie ulice, które były mi tak dobrze znane, gdzie dorastałem, cieszyłem się i płakałem. Teraz panowała śmiertelna cisza. Wszystko krwawiło, wszystko zamarzło i umierało. Jakby duchy opanowały nasze ulice i dzielnice. Gdzie się podziało bogate życie, pełne akcji, inicjatywy i wigoru?!

Gdzie zniknęli Żydzi dla swojego handlu, rzemiosła i kupna i sprzedaży? Anioł śmierci w postaci niemieckiego nazisty świętował swoje pełne zwycięstwo, o jakim nawet najstraszliwszy antysemita nie śnił. Domy, sklepy, warsztaty – wszystko zniszczone, zniszczone, a ich żydowskich właścicieli już nie ma – cmentarz, śmierć i zagłada dookoła. Nie mogłem już znieść tego widoku wokoło. Uciekłem stąd, jakby nawiedzany przez niewidzialnego anioła śmierci. Wyruszyłem, jak wspomniałem, w kierunku Kłodawy, po moją rodzinę.

W pobliżu fabryki tytoniu, która graniczyła z gettem, Żydzi stali przy płocie, patrzyli na mnie, ale nie odzywali się, żeby nie zwrócić na mnie uwagi Niemców. Tu znów zaczęło mnie dręczyć sumienie, bo opuściłem moją najdroższą matkę, siostrę i brata i uciekłem, pozostawiając ich w cierpieniu i kłopotach. Nigdy sobie tego nie wybaczę!

Kiedy przybyłem do Kłodawy, była sobotnia noc. Tutaj, w tej wiosce życia, sprawy nadal szły dobrze, Żydzi chodzili do synagogi w szabatowych ubraniach. W domach na stołach zapalano szabatowe świece, a żydowskie rodziny jadły szabatowy posiłek, jakby świat wczorajszy wciąż istniał. Nie znali wyczynów Niemców i nawet nie wyobrażali sobie ogromu okrucieństw, jakie również przygotowywali dla Żydów z Kłodawy. Ale gorzko płakałem i opowiadałem im o okropnej rzeczywistości, o mordach, głodzie i strachu, w jakim żyją kutnowscy Żydzi, którzy są od nich zaledwie kilka kilometrów. Wyrwałem ich z ich wciąż spokojnego świata, ponieważ nie wiedzieli, co ich czeka. Dowiedziałem się, że dzień po mojej ucieczce z getta zastrzelono kilku Żydów, wśród nich najmłodszego syna szewca Buksztajna i syna starego Ercbajna (Altkreinera), a kłopoty na tym się nie skończyły. Jako cudzoziemiec w Kłodawie musiałem pracować na rzecz społeczności w miejsce jednego z członków rodziny, u których mieszkałem, i w zamian otrzymywałem wynagrodzenie  i zakwaterowanie. Jednak nawet ta sytuacja nie trwała długo. Pewnej nocy w 1941 roku niemiecka policja obudziła mnie i zabrała do obozu pracy. Rano zostałem przeniesiony wraz z innymi młodymi ludźmi do Koła, a stamtąd do obozu pracy w Nowym Mieście pod Poznaniem. Następnie zacząłem migrować z obozu pracy do obozu pracy, aż dotarłem do obozu w Buchenwaldzie, gdzie zostałem zwolniony. W tym obozie spotkałem wielu ludzi z Kutna. Nie ma potrzeby dużo mówić o obozie w Buchenwaldzie, ponieważ dla wielu z nas obozy pracy były strasznym przeżyciem.

Arie ukrywał się w lasach, a w 1941 został schwytany i wysłany do złowrogiego Auschwitz-Birkenau, gdzie był więziony  w okrutnych, nieludzkich warunkach przez 3  lata. Tam nie nazywał się już Arie, Leib – otrzymał numer 143826. Dzięki silnej wierze i sile, a także życzliwości polskiego maszynisty, który zachował dla niego obierki z ziemniaków, dzięki którym uniknął śmierci głodowej, pozostał przy życiu. Dzielnie przetrwał horror obozu koncentracyjnego i obozu zagłady.

Arie, jako jedyny z Rodziny  ocalał z Zagłady.  Po wyzwoleniu, po długiej podróży, dotarł w 1946 roku do ówczesnej Palestyny, obecnie Izraela.

W Izraelu Arie poznał i poślubił Miriam, również ocalałą, i miał troje dzieci, ośmioro wnucząt i jedenaścioro prawnucząt.

Dzieci, wnuki i prawnuki Arie Weisbrota. Z archiwum rodzinnego Hany Keshet.
Dzieci, wnuki i prawnuki Arie Weisbrota. Z archiwum rodzinnego Hany Keshet.

Gdy Agnieszka Arnold, wybitna polska reżyserka i dokumentalistka pracowała nad filmem dokumentalnym „Kutno” poprosiła Arie Weisbroda o wystąpienie w I części tego filmu  poświęconej Zagładzie społeczności żydowskiej w Kutnie. Film został  ukończony w 1995 roku.

Arie Weisbrot opowiada swoją historię. Kadr z filmu dokumentalnego „Kutno” Agnieszki Arnold, część I. Z archiwum domowego Hany Keshet.

Arie Leib Weisbrot mawiał: „Jestem zwycięzcą, Hitler nie żyje, ja żyję, mam wspaniałą rodzinę”.

Arie Weisbrot zmarł  18 kwietnia 1999 roku w Hajfie (Izrael). Jego grób znajduje się w Ramat Yishai, niedaleko Hajfy.

Nagrobek Arie Leiba Weisbrota. Z archiwum rodzinnego Hany Keshet.

                                                       Niech nasz bohater Arie Leib Weisbrot spoczywa w pokoju.

Jak wspomina jego córka  Hana Keshet, Ojciec  jeden raz, około 35 lat temu,  przyjechał do Polski, by zobaczyć rodzinne miasto  Kutno, swój dom i groby bliskich…

Arie Weisbrot stoi przed drzwiami kamienicy przy Placu Wolności w Kutnie, w której mieszkał. Z archiwum rodzinnego Hany Keshet

 

Córka Hana Keshet otrzymała od swojego Taty niezwykle cenne pamiątki: relację napisaną przez Arie Weisbroda, która została zamieszczona w „Księdze Pamięci Kutna i okolicy” oraz modlitewnik, z którym Arie nie rozstawał się przez wszystkie lata wojny, okupacji i który udało mu się ukrywać w obozie Auschwitz. Jak wspomina Hana Keshet, ona otrzymała te cenne pamiątki, ponieważ jest jego pierwszym dzieckiem i nosi imię po  matce Ariego, Hanie (Chanie)…

Serdeczne podziękowania dla Hany Keshet, która podzieliła się ze mną historią swojego Taty i użyczyła fotografie w celu utworzenia biogramu Arie Leiba Weisbrota. Poniżej link do filmu, w którym Hana Keshet, córka Arie Weisbrota  opowiada historię Ojca:

 

Aktualności

Kamień Pamięci dr Haliny Rotstein

9 lipca 2026 roku na Cmentarzu Żydowskim przy ul. Okopowej w Warszawie Luc Albinski, wnuczek Haliny Rotstein wraz ze swoją Mamą Wandą

Oryginalne pieczęcie cechowe z regionu kutnowskiego

W Kutnie, Krośniewicach i Żychlinie w okresie międzywojennym funkcjonowało wiele cechów rzemieślniczych zrzeszających swoich członków. Wśród dokumentów Archiwum Państwowego w Płocku Oddział

To już trzeci rok Stowarzyszenie Potomków Żydów Polski Centralnej porządkuje cmentarz żydowski w Żychlinie.

Członkowie Stowarzyszenia Potomków Żydów Polski Centralnej https://adjcp.org/ wraz z przewodniczącą Stowarzyszenia prof. Marysią Galbraith  z Uniwersytetu w Alabamie oraz wolontariusze z USA w dniach 25
Warning: Undefined array key "author_style_avatar_vertical_align" in /usr/home/curcuma/domains/kutnowskisztetl.pl/public_html/wp-content/plugins/jupiterx-core/includes/extensions/raven/includes/modules/post-comments/widgets/post-comments.php on line 2224