Skip to content

Trunk Izrael Joszua, rabin w Kutnie

Izrael Joszua (Jehoszua) Trunk (zwany Jehoszuele Kutner)

Talmudysta, rabin.

Izrael Joszua (Jehoszua) Trunk, zwany Jehoszuele Kutner urodził się w 1820 roku  w Płocku. Był  talmudystą, rabinem. Pełnił funkcję rabina w wielu miastach: Szreńsku,  Gąbinie,  Warce, Pułtusku. Od 1861 roku przez 30 lat był rabinem w Kutnie, aż do swojej śmierci.

Pełnił funkcję przewodniczącego sądu rabinackiego.

Działał  w ruchu Chibat Syjon (Miłość Syjonu), wspierającym żydowskich osadników w Palestynie, w 1886 roku odbył podróż do Jerozolimy.

Był jednym z najsłynniejszych rabinów swoich czasów. Uważany był za mędrca  i  tytułowany  gaonem. Był autorytetem w dziedzinie żydowskiego prawa religijnego.

Zmarł  w 1893 roku, został pochowany na cmentarzu żydowskim w Kutnie. W jego pogrzebie uczestniczyło wielu  rabinów, by uhonorować  tę wybitną postać.

Izrael Joszua (Jehoszua) Trunk. Fotografia z Księgi Pamięci Kutna, pod red. Dawida Sztokwisza, Tel Awiw 1968, s.235.

W „Księdze Pamięci Kutna i okolicy”  pisał M.J. Szotan  o nim:

W reb Jehoszele Kutnerze musiało być coś tak fenomenalnie wielkiego, że ja, świecki Żyd, wciąż go pamiętam. Już ponad siedemdziesiąt lat jak odszedł, a ja często widzę go przed oczami takim, jakim był, na ulicy, w besmedreszu, na stałym miejscu przy wschodniej ścianie, obok Aron ha-kodesz i w jego domu, będącym siedzibą bes-dinu, siedzącego na wielkim fotelu rabinicznym, kiwającego się nad stertą ksiąg. Oczywiście, nie zamierzam tu wydawać jakiejś oceny rabinicznej, chcę raczej przytoczyć kilka wspomnień, opowiedzieć, co słyszałem w najwcześniejszym dzieciństwie, zarówno u nas w domu, jak i w moim otoczeniu, gdzie żydowscy mędrcy, znawcy Tory wypowiadali się o nim z ogromnym szacunkiem: że jest on gaonem, wielkim znawcą Tory, mistrzem i osobą o bystrym umyśle, że nie ma drugiego takiego jak on. Że na wskroś zna Torę, porusza się po niej z taką lekkością, jak dobry pływak w cichym, spokojnym jeziorze. A ci, którzy przybywają do niego niemal ze wszystkich żydowskich diaspor z trudnymi pytaniami dotyczącymi Tory, traktują jego słowo niczym wyrocznię…

Było dość okazji, bym wszystko to słyszał, widział i poznawał. A jako kulkuletnie dziecko chłonąłem moje pierwsze i najważniejsze doświadczenia życiowe. Zresztą mieszkaliśmy przy ulicy Synagoskiej w domu Awroma Klapa, był to pierwszy dom obok besmedreszu. Tym samym bylismy najbliższymi sąsiadami reb Jehoszele, który mieszkał w tamtych latach w budynku gminy, znajdującym się w drugiej części besmedresza. Codziennie miałem liczne okazje, by zobaczyć reb Jehoszele i wysłuchiwać się w rozmowy o jego wielkości. Kutnowscy Żydzi byli dumni ze swojego rabina, a imię „Jehoszele” wymawiali drżącym wargami. Większość z nich czuła wówczas, że wszyscy żyjemy dzięki wielkiemu cadykowi reb Jehoszele. Nie będzie raczej przesadą, gdy powiem, że tak też czuła, lub przynajmniej sądziła, większa część ludności chrześcijańskiej w miasteczku. Ona też dawała temu wyraz przy każdej okazji, oddając mu ogromny szacunek, stając z odpowiednim respektem przed „wielkim rabinem”. Najwyraźniej widać to było około godziny trzeciej po południu podczas codziennego spaceru reb Jehoszele po długiej ulicy Synagoskiej w towarzystwie szamesa, reb Herszla Namana. Oczywiście wszyscy Żydzi mieszkający przy tej ulicy wychodzili, by powiedzieć mu „Dzień dobry, rebe!”, życząc mu przy tym wiecznego życia.

Również moja matka wychodziła codziennie na ulicę ze mną, dzieckiem niespełna trzyletnim, pokazując: – „Widzisz, Mojszele, idzie reb Jehoszele, oby żył długo. Powtórz moje słowa” – mawiała, „bo wszyscy żyjemy dzięki niemu. Jest on wielkim cadykiem!”

Nie będzie przesadą, gdy stwierdzę, że niemal tak samo robili również chrześcijanie, których niewielu mieszkało przy ul. Synagoskiej. Przyglądali się mu długo, wielu zdejmowało kapelusze i pobożnie się żegnało. Z ust wszystkich dochodziły takie słowa: „Rabin idzie, wielki rabin!”

A gdy nadjeżdżał gojski wóz, furman, z daleka dostrzegając reb Jehoszele w wysokim sobolim sztrajmlu na głowie, ubranego w czarną, długą, atłasową kapotę przewiązaną gartlem – zaczynał jechać wolniej, a zbliżywszy się, całkiem stawał na poboczu, by zrobić przejście dla „wielkiego rabina”. Długo też za nim patrzył i czynił znak krzyża szepcząc wargami swoją modlitwę.

Nieraz zdarzyło się, że Jehoszele, w zamyśleniu, wchodził już niemal w dalszą, nieżydowską część ulicy Synagoskiej. Wówczas wychodził wysoki, dobrze zbudowany pułkownik, (którego wówczas już nazywano „generałem”, bo wiedziano, że w Petersburgu planuje się podnieść go do wyższej rangi) i pozdrawiał „wielkiego rabina”, salutując. Wyprężał się przy tym jak żołnierz przed generałem lub generał przed carem. Oczywiście reb Jehoszele odpowiadał kiwnięciem głowy i zawsze łagodnym uśmiechem. Dość często również żona generała, młoda piękna dziedziczka, wyglądała przez okno frontowe i pozdrawiała skinieniem głowy, drogiego gościa. Oboje też spoglądali za nim długo, jak stąpa powoli, krok po kroku, roztaczając niemal boską poświatę.

Do prawdziwego wyrazu uwielbienia, doszło jednak dopiero wtedy, gdy reb Jehoszele zachorował. Wówczas to generał kazał na całej ulicy pomiędzy besmedreszem a synagogą rozłożyć słomę, która miała stłumić stukot kroków przechodzących i turkot przejeżdżających wozów, by nie zakłócać spokoju chorego. Prócz tego, magistrat ustawił po obu stronach ulicy policjantów, którzy nie wpuszczali żadnego wozu z żelaznymi, stukoczącymi kołami, poza dorożkami na gumowych kołach, które musiały jechać wolno, by nie słychać było kroków konia. Ciężkie wozy policjanci przekierowywali na boczną ulicę, po drugiej stronie synagogi.

Przez cały czas jego choroby, nie było wśród miejscowych Żydów normalnego życia. Chodzili zatroskani. Niewiele pracowali, a nawet mało handlowali, zaś w besmedreszu całymi dniami paliło się światło i Żydzi odmawiali psalmy, prosząc, by Pan Wszechświata zesłał na chorego ozdrowienie. Kobiety biegały na cmentarz i gorliwie modliły się nad grobami cadyków o ich wstawiennictwo u Boga, by ów się zlitował i uratował swojego Jehoszele.

Ale, jak się okazało, nie pozostało mu już wiele lat życia i po długiej chorobie wyzionął ducha…

Reb Jehoszele zmarł w tamuzowy poranek, zdaje się, że około godziny dziesiątej. Na znak żałoby, natychmiast przerwano naukę we wszystkich chederach. Wkrótce już całe miasto pogrążone było w jednej wielkiej żałobie. Ludzie rzucili wszystko i wylegli na ulicę Synagoską, a ta, szeroka i dość długa, zaraz wypełniła się tłumem. „Czy to prawda?” – pytał jeden drugiego – „nie ma już reb Jehoszele?” Słysząc odpowiedź: „Niech będzie błogosławiony Sprawiedliwy Sędzia” – ludzie, w ogromnej rozpaczy, rwali sobie włosy z głowy. Kobiecym szlochom towarzyszyło ogromne zawodzenie, które wywoływało płacz wśród ulicznych kamieni. Na ulicę Synagoską przybyła nawet pewna część nie-Żydów, patrzyli oni długo na mieszkanie reb Jehoszele, na dużą grupę pogrążonych w bólu Żydów i odchodzili ze spuszczonymi głowami. 

Żydowska biedota poczuła się jak prawdziwe sieroty, ponieważ reb Jehoszele zawsze zwracał się do ubogich z tym samym łagodnym uśmiechem, co do bogatych. A gdy zimą wywoływał wielkie poruszenie w besmedreszu i w synagodze mówiąc, że ubogich dzieci nie wolno zostawiać głodnych i zmarzniętych, zaraz przynoszono węgiel i ziemniaki do domów ubogich.

Reb Jehoszele nigdy od nikogo nie chciał wziąć ofiary. Stale powtarzał swoim gościom: „Oddajcie na jałmużnę, bo na niej opiera się świat”. A gdy ludzie jednak zostawiali z boku na stole pewne sumy, nie tykał ich nawet swoimi rękami, tylko kazał szamesowi, reb Herszlowi Namanowi, brać je i oddać na cele dobroczynne.

Na pożegnanie reb Jehoszele zjechało wielu Żydów, więcej, niż miasto mogło pomieścić. Oczywiście, było wśród nich wielu rabinów z całej Polski. Dla świętych zwłok przygotowano specjalne, nowe mary, również nowe przyrządy do rytualnego przygotowania ciała, które zostało przeprowadzone nie przez członków Chewra Kadisza, lecz przez największych rabinów. Dopuszczono też do niego pewną liczbę uczonych kohenów. Rabini wyjaśnili, że zwłoki reb Jehoszele są nieskalane, więc wolno im wziąć udział w tym rytuale. Pamiętam jak dziś, że mój własny ojciec, uczony kohen, mimo głębokiego bólu czuł się bardzo wyróżniony, że dopuszczono go do przygotowania ciała.

Pogrzeb odbył się następnego dnia. Zaczął się skoro świt, może o godzinie siódmej, siedmiokrotnym okrążeniem bimy w besmedreszu, przy otwartych na oścież drzwiach Aron ha-Kodesz tak, że Księgi Tory, bez dwóch srebrnych koron, zdjętych na znak żałoby, w całej swojej świętości spoglądały na nieskalane zwłoki. Mary nieśli rabini i zasłużeni koheni. Kondukt pogrzebowy był wielki, trudno jest sobie wyobrazić, ilu tam było ludzi – głowa przy głowie, nie do przeliczenia, tuż za zmarłym szły wszystkie żydowskie dzieci z chederów, które na głos recytowały: „Sprawiedliwość pójdzie przed nim” i inne pasujące wersety z psalmów. Mary były otwarte i wysokie, z deskami po obu stronach, co sprawiało, że wyglądały jak łóżko. Przez całą drogę Żydzi, a może również i goje, wrzucali kwitlech. Jeśli mnie pamięć nie myli, mój ojciec, będąc jednym z kohenów niosących mary, wrzucił kwitl z prośbą, by reb Jehoszele zesłał lekarstwo dla mojej chorej matki i oczywiście, również z prośbą o pracę. Takie było zapewne życzenie wyrażone we wszystkich innych kwitlech. Pogrzeb trwał przez cały tamuzowy dzień aż po kawałek nocy. Jeśli dobrze pamiętam, reb Jehoszele przyznano grób jako kohenowi.

Wszystkich ogarniało drżenie i płakali, podchodząc do otwartego grobu. Ludzie naprawdę czuli, że reb Jehoszele rzeczywiście nas opuszcza, że pozostajemy bez niego niczym owce bez pasterza…

Przy pierwszej szufli ziemi, którą wsypano do grobu, wraz z ogromnym zawodzeniem dało się słyszeć też wypowiedziane na głos słowa: „Mazl tow”! To kutnowski kahał poinformował reb Jehoszele, że na jego miejsce, na stanowisko rabina Kutna, przyjmuje jego jedynaka, rabina Mojsze Pichasa. Rzeczywiście został on od razu kutnowskim rabinem.

Przez cały tydzień po pogrzebie, besmedresz był wypełniony po brzegi zwykłymi Żydami i rabinami, którzy jeden po drugim wygłaszali mowy żałobne od samego rana aż do późnej nocy. W domach odsiadywano również sziwę. I tak jak w besmedreszu, tak i w każdym żydowskim domu płonęło światło, na znak głębokiej żałoby po wielkim przywódcy i gaonie, który przez swoje całe życie był dla tych ludzi światłem, rozjaśniającym po bożemu ich życiowe drogi…

Długo po odejściu reb Jehoszele, życie Żydów w mieście nie było lekkie. Smutek wyzierał z każdego zakątka. Gdzie tylko zeszło się kilku Żydów, czy to minjan w besmedreszu, czy w jakimś chasydzki sztyblu, nie rozmawiali o niczym innym jak o reb Jehoszele, zarówno o jego śmierci, która tak wstrząsnęła żydowskim światem, jak i o jego wzniosłym życiu, które opromieniało nasze miasto wszystkim, co piękne i dobre. Dlatego tak trudno było pogodzić się z myślą, że reb Jehoszele opuścił nas już na zawsze…

Jako urodzony Kutnianin, mogę pozwolić sobie powiedzieć, że zarówno rabin błogosławionej pamięci Mojsze Pinchas, jak i rabin Icchok, syn reb Mojsze Pinchasa i wnuk reb Jehoszele, piastując stanowisko rabina w Kutnie, przez wszystkie lata nosili koronę wielkości reb Jehoszele…

Całe pokolenie kutnowskich Żydów, które pamiętało jeszcze dobrze reb Jehoszele, traktowało ich zawsze jak dzieci, dziedziców swojego wielkiego ojca i dziadka – gaona i osoby o bystrym umyśle, reb Jehoszele Kutnera…

M. J. Szotan (Montreal),  Garść wspomnień o reb Jehoszele Kutnerze w: „Księga Pamięci Kutna i okolicy” pod red. Dawida Sztokwisza, Tel Awiw, 1968, s. 241-243. Przekład Anna Szyba.

Ohel (w dosłownym tłumaczeniu namiot) Izraela Joszuy Trunka na cmentarzu żydowskim w Kutnie – stan przed 1939 r. Był to niewielki murowany budynek (o wymiarach 3,9 m x 4,5 m), usytuowany w północno-wschodniej części nekropolii. Został zniszczony przez nazistów podczas okupacji niemieckiej. Ze zbiorów Muzeum Pałac Saski w Kutnie.

Na cmentarzu pochowana jest także żona Izraela Joszuy Trunka – Priwa Trunk, której macewa została odnaleziona pod koniec XX wieku w Kutnie.

Napis na macewie głosi:

Priwe Trunk, córka Chaima Naumburga, żona Gaona Israela Jehoszui  Trunka, 23 października 1899 r.

Nagrobek dzielnej kobiety o wielu dobrych uczynkach.

Od dzieciństwa oddana miłosierdziu i dobroci,

kochała Torę i bała się Boga, świętego rabinity

Pani Prywe, córka naszego wybitnego rabina, uczonego i erudyty,

naszego nauczyciela Raw Chaima, błogosławionej pamięci,

i żona wielkiego geniusza, naszego mistrza i nauczyciela, Admora

rabina reb Israela Yehoszui, Najwyższego Sędziego,

___ świętego i świętego błogosławionej pamięci, autora książki „Zbawienia Izraela”.

Odeszła w dobrym imieniu 23 października 1899 r.

Oby jej dusza była związana więzami życia wiecznego.

Tłumaczenie z hebrajskiego: Jewish Kutno Group.

Fragment nagrobka Priwy Trunk, córki Chaima Naumburga, żony Gaona Israela Jehoszui Trunka, zmarłej 23 października 1899 r. (przechowywany w magazynie muzealnym). Fot. Michał Jabłoński. Ze zbiorów Muzeum Pałac Saski w Kutnie.

Aktualności

Kamień Pamięci dr Haliny Rotstein

9 lipca 2026 roku na Cmentarzu Żydowskim przy ul. Okopowej w Warszawie Luc Albinski, wnuczek Haliny Rotstein wraz ze swoją Mamą Wandą

Oryginalne pieczęcie cechowe z regionu kutnowskiego

W Kutnie, Krośniewicach i Żychlinie w okresie międzywojennym funkcjonowało wiele cechów rzemieślniczych zrzeszających swoich członków. Wśród dokumentów Archiwum Państwowego w Płocku Oddział

To już trzeci rok Stowarzyszenie Potomków Żydów Polski Centralnej porządkuje cmentarz żydowski w Żychlinie.

Członkowie Stowarzyszenia Potomków Żydów Polski Centralnej https://adjcp.org/ wraz z przewodniczącą Stowarzyszenia prof. Marysią Galbraith  z Uniwersytetu w Alabamie oraz wolontariusze z USA w dniach 25
Warning: Undefined array key "author_style_avatar_vertical_align" in /usr/home/curcuma/domains/kutnowskisztetl.pl/public_html/wp-content/plugins/jupiterx-core/includes/extensions/raven/includes/modules/post-comments/widgets/post-comments.php on line 2224